Co do kochania mszy...
Nasza msza o 14 przebiegała spokojnie. Ja like a boss byłam w kosciele z cała rodziną (rodzice, bracia ,dziadkowie), podczas gdy niektóre sierotki przyszły bez rodziców. Olcha (jak moja mama mówi: ''taki.. bez jaj'') mówił i mówił, nie pamiętam co, bo kilka razy się zamyślałam, bądź podszczypywałam brata. Było śmiesznie bo nikt głośno nie śpiewał, do komunii poszła garstka osób (PIERWSZY RAZ BYŁAM PIERWSZA, AAA), a Olcha ani razu się nie zarumienił. Bądź co bądź, pod koniec mszy, kiedy siadaliśmy w pierwszej ławce po pieczątki, przysiadł się do mnie Biskup. Nasza ławka wyglądała tak: biskup na jednym skraju ławki, ja, banany z 3 b (garbaty, gaj i taki jeden co się z gajem kręci), jedna dziewczyna z 3 b i na końcu, na drugim skraju ławki SOCJO. Oczywiśie Biski nie odpowiadala na moje znaki dymne i starała sie nie patrzeć w stronę socjo, który był CICHY. Po kościele, już w domu, mama spytała mnie o chłopaka z długimi włosami. Ja na początek rznęłam głupa (że niby nie jestem obeznana w temacie) i w końcu powiedziałam, ze tak kojarzę, nazywa się Patryk. Mama : ''Podobał mi się w tym płaszczyku z futrem, widać , ze ma do siebie dystans''. Potem mama do taty: ''Jacy nastolatkowie chodzą jeszcze w takich płaszczach?'' i się zaśmiali. A ja się szczerzyłam.
Ach, ci nastolatkowe w płaczach..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz